Samochodem po Kalifornii / Park Yosemite, Big Sur, Carmel-by-the-Sea

Wynająć samochód i przejechać setki mil po totalnych pustkowiach.. Mijać góry, lasy, pastwiska z bydłem i rancza, które do tej pory widziałeś tylko w amerykańskich filmach, przegryzając tosta z szynką i popijając kawę z McDonald’a – taka Ameryka mi się marzyła i dokładnie tak spędziliśmy kolejne dwa dni w Stanach.
Wczesnym rankiem odebraliśmy (zamówiony dużo wcześniej) samochód i wyruszyliśmy przed siebie. Wszelkie informacje odnośnie wynajmu samochodu w Ameryce, gdzie, ile, skąd znajdziecie we wpisie z praktycznymi wskazówkami już wkrótce 😉

Pierwszy kierunek na naszej mapie – Park Narodowy Yosemite położony 260 km od San Francisco.Zajmuje ogromny obszar zachodniej części gór Sierra Nevada. Każdego roku dociera tu ok. 3,6 miliona turystów.  Najbardziej znany jest z  granitowych urwisk, licznych wodospadów, niesamowicie czystych potoków, czy skupisk mamutowców olbrzymich. Totalnie obcowanie z przyrodą, gdzie nawet zasięg w telefonie zanika. Ponad 95% powierzchni parku stanowią tereny nieprzekształcone w znacznym stopniu przez człowieka.

Wjazd do parku parku jest płatny – 30$ i bilet obowiązuje cały tydzień.  Na wstępie dostejemy też mapę z niezbędnymi informacjami. Park jest tak ogromny, że nie sposób zaliczyć/zobaczyć chociaż jednej setnej dostępnych szlaków i atrakcji podczas 4-godzinnej wycieczki. Warto jednak dla samych widoków przejechać te kilka godzin samochodem. W niektórych miejscach wysokość drogi wynosi ok. 10tys stóp, czyli ok. 3tys m., wyżej niż nasze Rysy 😉

Co kilka kilometrów tarasy widokowe…
…i niezliczona ilość wodospadów.
Podejście bliżej wodospadów kończyło się totalnym zmoczeniem, stąd wystarczył nam taki widok.
Z racji, że do kolejnego punktu na naszej mapie zostało nam jeszcze sporo mil postanowiliśmy kierować się do wyjazdu. Ogrom turystów, samochodów i niekończące się korki na drogach zafundowały nam 2-godzinną przeprawę.
Udało się! Wydostaliśmy się z parku i wjechaliśmy na drogę krajową. Bezkresne pustkowia, jeden samochód pojawiający się co kilka mil. W planach mieliśmy dotrzeć do kalifornijskiego wybrzeża, jednak noc zapadła szybciej niż myśleliśmy.
Z racji, że nie udało nam się znaleźć żadnego hostelu noc spędziliśmy w… SAMOCHODZIE. O ile mąż podszedł do tematu totalnie na luzie, tak ja byłam przerażona całą noc. Zrywałam się co pół godziny i spoglądałam na szybę, czy przypadkiem nie stoi tam amerykański policjant wypisujący nam mandat wart 250$. Kiedy wybiła godzina 5:30 byłam najszczęśliwsza na świecie. Wiedziałam, że horror minął i możemy ruszać dalej. Z perspektywy czasu wspominam to z jako świetną przygodę i śmieję się sama z siebie 😉

Po około godzinie drogi dotaraliśmy do słynnego Big Sur. Najlepszą opcją zaliczenia zachodniego wybrzeża Pacyfiku jest przejazd słynną kalifornijską autostradą nr 1 (Highway No. 1) -kalifornijska jedynka, ciągnącą się przez 110 km. Tak naprawdę nie ma jednoznacznie określonej granicy początku i końca tego uroczego „skrawku” drogi. Na każdym odcinku widoki za oknem zapierają dech w piersiach. Skaliste klify i rozbijające się o nie spienione fale, turkusowa woda Pacyfiku, przepiękne plaże, wodospady. Co kilka mil można zatrzymać się na punktach widokowych aby wykonać kilka zdjęć, a czasem nawet przedostać się na plażę.

Z racji, że była to 7 rana widok mieliśmy dość ograniczony, dodatkowo po pół godziny rozszalał się wiatr i zaczął padać deszcz. Niestety nie udało nam się dostrzec prawdziwego piękna parku.

Od strony San Francisco kalifornijską jedynkę poprzedza urocze miasteczko Carmel-by-the-Sea. Liczne kawiarenki z których wydobywają się zapachy świeżo mielonej kawy, wąskie malownicze uliczki z jeszcze bardziej kolorowymi domkami, galerie. Wjeżdżając tam poczuliśmy totalnie inną Amerykę. Mieszkający tam głównie milionerzy i artyści żyją własnym, spokojnym życiem z dala od zgiełku miast.Niesamowicie głodni i przemęczeni, po niekoniecznie udanej nocy udaliśmy się do pierwszej otwartej (7:40) kawiarenki na śniadanie. Z reguły czas oczekiwania na jedzenie wypełniają nam telefony i rozmowa,  jednak wtedy było inaczej. Odrzuciliśmy to wszystko na bok i w ciszy delektowaliśmy się niesamowitym klimatem tego miejsca. Biegające, uśmiechnięte kelnerki dolewające co kilka minut kawę, ogromne porcje pięknie podanych posiłków, wnętrze ze smakiem.
To tutaj zjedliśmy najdroższe śniadanie w życiu, jednak dla samego miejsca było warto!
Po posiłku wsiedliśmy do samochodu i udaliśmy się w kierunku San Francisco. To były fantastyczne dwa dni.